Sabina Maciejewska

- Marathon???
- Yes, I'm possible!

Powiedzmy sobie szczerze.
Każdy ma swój maraton.
Każdy o coś walczy, potyka się po drodze, upada, tylko po to by mimo wszystko podnieść się raz, a dobrze.
To właśnie dało mi bieganie.
Wpadłam po uszy. I tak juz zostanie.

26 kwietnia zapamiętam na zawsze.
Mój upragniony, wymarzony, wyczekany.
Jeśli można jeszcze powymieniać przymiotniki, którymi mogę określić swój pierwszy bieg na królewskim dystansie, to zdecydowanie będzie to - przemyślany, dogłębnie przeżyty, wzruszający, uczący pokory, ale również – nagradzający odcinek 4 godzin i ośmiu minut.

Kiedy pakowałam w piątek w swoją kwiecistą walizkę, niestety torba sportowa okazała się zbyt ciasna, nic nie wskazywało na to, że będzie tak emocjonująco.

W sumie, nie było co panikować, raczej byłam przygotowana, by biec przez maksimum 4 godziny i 15 minut. Taki założyłam sobie limit. Udało się szybciej.
Wiem, szału nie ma, dupy nie urywa.

I nie urwie.
Wiecie dlaczego???
Bo już podczas swojego pierwszego udziału w 42 kilometrowym biegu odkryłam, że nie jestem stworzona do urywania sekund i walki o miejsca. Mimo, iż mogłabym się bardziej postarać, urwać jeszcze kilka minut, poprawić krok, nie przybijać piątek, nie tańczyć przy kapelach. Nie przebiegać na drugą stronę ulicy, by wziąć kubek z wodą od Tomka Lisa.
Mogłabym.

Na szczęście, coś mnie tknęło, już na starcie.
A w zasadzie podczas spaceru na Narodowy.
Było to moje serce.

Dotarło do mnie, że ja się nie nadaję, na rywalizację i walkę o sekundy na poszczególnych międzyczasach. Ja chcę przeżywać, każdy pokonany kilometr, ciesząc się, że jest mój, że to ja sama i nikt mi nie pomaga. Będąc świadomą, że zawdzięczam te chwile szczęścia tylko sobie, tylko swojej systematyczności i wytrwałości i myślę również jakiejś dziwnej mocy, którą w sobie noszę, a która nie pozwala mi odpuszczać. Nawet wtedy, gdy inni nie wierzą w powodzenie.

"Mam tę moc" zaśpiewałaby niejedna mała panna.

Wiem jedno – jeżeli będę poprawiać swój czas w maratonie, to będzie to tylko dodatek do dobrej zabawy i nagroda, ale nie mój cel. Nie zamienię tych emocji, przeżywania każdego kilometra na walkę o minuty. Jeśli chcą, niech urywają się same :) .

Wielu może się to wydać śmieszne. Nie dbam o to.
Wiem jedno – niczego wartościowego nie dostajemy za darmo.
Sukces okupiony poświęceniem i ciężką pracą, zmęczeniem i bólem smakuje cudownie.
Nie potrafię zliczyć, ile razy musiałam wstawać o 5.15, żeby wyjść o 6.00 i przebiec 10 kilometrów, podczas gdy moi synowie spali, niczego nieświadomi.
Ile razy, podczas gdy zakładałam buty do biegania słyszałam "Mamo, jestem głodny" lub zwyczajnie "Mamusiu, nie idź, nie lubię jak cię nie ma". Pomijam już sytuację typu: "Mamo kupę" :)
Szlag mnie trafiał, gdy wiedziałam, że mam iść pobiegać, a pani z matematyki zadała synowi 14 ćwiczeń i za cholerę, nie było czasu nawet na 6 kilometrów obwodnicą. Nie wspomnę już, jak często wychodząc z domu przez pierwsze kilometry modlę się, żeby się nie pozabijali pod moją nieobecność.
Tak. Taka jest moja rzeczywistość biegowa.
Treningi są wtedy kiedy wypełnię wszystkie swoje obowiązki zawodowe i matczyne.
Nie wtedy kiedy są zaplanowane. Bo nie są.
Kiedyś się tym denerwowałam.
Chciałam trenować, jak zawodowiec, dużo, często, mieć życiówki, lepsze czasy.

I tu odezwało się moje ciało. Bo głowa, jeszcze próbowała się kłócić.
Na szczęście szybko się uczę.
Wyciągam wnioski, pokornie analizuję.

I mimo, iż musiałam zrezygnować z zaplanowanego startu w maratonie 04 października w Katowicach, to wiem, że tak właśnie musiało być, tylko po to bym się nie zraziła, by ten bieg był wyjątkowy, niezapomniany, by nie było ściany i załamań. Bym nie musiała powiedzieć, że nigdy juz tego nie zrobię. Że to był mój pierwszy i ostatni.

Co do strategii biegu, to powiedzmy sobie wprost - trzymałam się jej do pewnego momentu. Na 35 km myślałam, że coś mam nie tak z oczami, albo głową - co zerknęłam na Garmina  - dystans ten sam, a czas leci!
Już zaczęłam się obawiać, że odlatuję, ale patrzę - słupek 37 kilometr! 
Masakra - pierwsza myśl jaka przebiegła mi przez głowę zaczynała się na K :)
Potem szybko wtrąciłam zaimek JA i słowo na P :) z wieloma wykrzyknikami  :)
A potem usłyszałam z prawej strony chodnika: "Dawaj Sabina, jesteś zwycięzcą! 

Mogłam biec i nadal wymieniać różne słowa w myślach, ale szczęśliwie szybko dokonałam analizy - nie ma wyjścia, Garmin mnie wystawił, ale to nie zmienia faktu, że do Narodowego został mi już tylko dystans jak z domu do Kaśki Bienioszek :)
I tak też biegłam, jakby leciała do przyjaciółki.
Zmęczona ale z przekonaniem, że tam na mecie ktoś już trzyma MÓJ medal.

Był medal, byli przyjaciele, 
Były łzy. 
Był tort bezowy i poczucie, że wracam do swoich. Zmęczona, ale silna.
Upłakana, ale szczęśliwa.

Tak więc ORLEN WARSAW MARATHON, zapoczątkował moją przygodę.
Mimo, iż na większości zdjęć zobaczycie jak płaczę, to wiedzcie, że są to łzy szczęścia.
Zakochałam się w maratonie.
Na zabój.
Było to moje święto biegowe.

Każdemu kto się przyczynił do moich chwil szczęścia szczerze dziękuję.
Do zobaczenia na trasach :)
Buzi, buzi.

Partnerzy/współpraca

Klub HRmax Żory w liczbach

  • Aktywnych członków: 75 / Oczekujący: 0
  • Kobiety: 28 / Mężczyźni: 47
  • Maratończyków: 49
  • Średnio km na zawodach: 19.458 km
  • Średni czas na zawodach: 2g 8m 50s

Jak zostać członkiem klubu?

Chcesz zostać członkiem klubu HRmax Żory? Musisz mieć ukończone 18 lat, wypełnić deklarację członkowską, przedstawić rekomendację 2 członków naszego klubu, opłacić wpisowe 50 PLN oraz składkę 20.00 PLN za rok. Przekonaj się o korzyściach płynących z członkowstwa w naszym klubie.

Wypełnij deklarację członkowską »